Veni, vidi i do tego chyba vici :)

Wyznaczony cel na weekend: nie popłynąć. Waga w poniedziałek rano co najwyżej 107,3 kg (poziom z piątku rano).

Wynik:

Veni vidi i chyba vici …  tak – to naprawdę działa 🙂

Wystarczy jeść w miarę regularnie, odczepić się od żywności wysoko-przetworzonej (o tym trochę później), nie podjadać między posiłkami i w wersji dla ambitnych przejść się na długi spacer z psami (mogą być sąsiada).

Rezultat … 0,5 kg w dół. Znowu niezbyt dużo ale w końcu to nie są wyścigi. No i menu jakby mało dietetyczne 🙂

W tym „sporcie” dużo ważniejsze jest systematyczne robienie małych kroków we właściwym kierunku niż jakieś spektakularne jednorazowe osiągnięcia.

Obiecałem sobie, że nie będę Was raczył opisem i zdjęciami swoich posiłków ale w tym przypadku zrobię mały wyjątek – chciałbym do końca rozliczyć ten weekend i pokazać Wam jak to wygląda w praktyce na moim przykładzie. 

Nie jest to żadne wzorcowe menu ani nic z czego mógłbym być dumny albo się wstydzić – po prostu to co zjadłem. To co było tak jak było … jak mawiają – bez ściemy 😉

Na tym etapie nie chce tego w żaden sposób komentować tylko pokazać Wam tak jak to wyglądało, bez żadnego kolorowania i upiększania.

Sobota, 22.09.2018

Jeśli już musisz raz na jakiś czas sięgnąć po coś „słodkiego” do kawy, najlepiej upiecz to sobie sam (byle nie z torebki).

 8:00 mega kubek kawy z ekspresu (podwójne espresso) z mlekiem 3,2% tłuszczu (sklepowe, „świeże” z Piątnicy) + 2 babeczki domowego wypieku (wiem – nie powinienem – ale przynajmniej mniej więcej wiem co jest w środku … no dobra – coś tam jednak czasami skomentuję)

 

9:00 śniadanie

2 kromki chleba z płaskurki z kminkiem na zakwasie (mały eksperyment – zwykle jem żytni lub żytnio orkiszowy) z awokado, nasionami chia, mega tłustym serem wiejskim, pomidorami (nie sklepowe) – wszystko posypane babką lancetowatą.

 

10:00 – 12:00 zakupy na targowisku ( o tym później – w każdym razie nic nie podjadałem) 

12:30 „lunch”

Zupa szczawiowa – taka trochę w formie kremu. Pyszna (a nie przepadam za szczawiem) – bardziej smakowała jak ogórkowa niż szczawiowa. Menu obiadowe z „Łochowianki”. Nie robiłem zdjęcia żeby nie pomyśleli, że to na twarzoksiążkę. Drugie danie wziąłem na wynos. 

Żeby nie zgłodnieć zbyt szybko doprawiłem małym espresso z mlekiem.

16:00 „obiad”

No tu trochę popłynąłem. Głównie dlatego, że jak zawsze miałem wielką ochotę na spróbowanie porannych zakupów z targu i nie bardzo miałem chęć na klasyczny obiad. Ostatecznie zjadłem sam już nie wiem dokładnie ile i czego. Na pewno były to:

  • świeży ser biały (pyszny, słodki, taki jak dawniej robiło się samemu w domu z PRL-owskiego mleka z butelkach – jak w Alternatywy 4)
  • tegoroczne, jeszcze mokre, orzechy laskowe
  • równie świeże orzechy włoskie
  • śliwki węgierki (małe, niezbyt słodkie – chłop zarzekał się, że z własnego drzewa – mogły być bo takie niewzględne jakieś)
  • działkowe małe, ciemne winogrona – no tych to chyba opchnąłem z kilogram
Tego nie było w planach zakupowych ale 4 kg działkowych winogron za 2zł/kg … nie mogłem się oprzeć. Uwielbiam je 🙂
  • pasztecik z kapustą z grzybami (zasłodziłem się winogronami) – w sumie to straszne świństwo , zdecydowanie nie polecam – to jedyna rzecz, której żałuję w ten weekend z perspektywy czasu.
  • kawa z mlekiem wiejskim (na poprawę smaku po paszteciku i zakończenie procesu „odsładzania” po winogronach)

Ważne jest to, że ostatecznie zrobiłem z tego 1 ograniczony w czasie „posiłek”, który zakończyłem kawą i potem do kolacji nic. Myślę, że spokojnie było to powyżej 1000 kcal, w tym same winogrona pewnie z 700 kcal.

19:30 „kolacja”

Nadal nie byłem głodny po opchnięciu kilograma winogron z dodatkami. Trochę dla zasady a trochę dlatego, że od dłuższego czasu miałem ochotę, zjadłem gruby (centymetrowy) plaster sera żółtego (Edam rycki – no nie jest to taki prawdziwy holenderski czy szwajcarski ser żółty ale nic lepszego w okolicy nie mieli)

20:30 Piwo Desperados (chyba Nocturno)

W tzw międzyczasie, w ciągu dnia, piłem jeszcze kawę z mlekiem (tym razem prawdziwym od krowy) ale sam już nie pamiętam dokładnie kiedy i ile.

Niedziela, 23.09.2018

7:30 – 8:30 intensywny spacer z psami po lesie i okolicznych polach

8:30 podwójne espresso z mlekiem wiejskim bez słodkich dodatków

9:00 śniadanie

2 kromki chleba j.w., tym razem z masłem wiejskim (gdy przeciągasz po nim nożem zbierają się za nim kropelki maślanki), dużą ilością sera białego, kupionego dzień wcześniej na targu i z rzodkiewkami. Do tego nasiona chia i łuskane nasiona konopi.

Owoce strasznie wciągają – bezpieczniej jest wydzielić sobie porcję jako posiłek i ją zjeść. Wtedy łatwiej się od nich odkleić.

13:00 drugie śniadanie

Porcja winogron i węgierek. Razem pewnie też coś ok 1 kg.

 

 

Kotlet schabowy z ziemniakami i kapustą zasmażaną. jakieś 1000-1200 kcal w zależności od źródła.

 

16:00 obiad

„Sobotnie” drugie danie z „Łochowianki”.

Kotlet schabowy z ziemniakami i kapustą zasmażaną. Prawdziwa bomba kaloryczna 🙂

 

20:00 kolacja

Pyszne, twarde i bardzo soczyste jabłko odmiany Malinówka (wczorajszy zakup na targu). Długo gryzione 😉 Po takim obiedzie człowiek na prawdę nie ma ochoty żeby się nawpychać na kolację 🙂

Koniec

Tak to wyglądało. Do tego w weekend wypiłem w sumie 1,5 litra mleka od krowy, jako dodatek do kawy.  

Jak to wszystko wygląda od strony kalorii ? 

W sobotę jakieś 2600 kcal  (100 babeczki, 600 śniadanie, 200 zupa krem, 1200 „lunch”, 200 ser żółty + 270 Desperados ).

W niedzielę coś ok. 2500 kcal (700 śniadanie, 700 winogrona, 1000 schabowy z kapustą zasmażaną, 90 jabłko).

Do tego 1,5 litra mleka prosto od krowy – jakieś 1200 kcal. 

Razem: 6300 kcal w 2 dni. Średnio 3150 kcal dziennie …

Czujecie to ? Po zjedzeniu przez weekend średnio ok. 3000 kcal dziennie wszedłem na wagę i zamiast płaczu promienny uśmiech 🙂

Oczywiście jest jeszcze piątek (107,3 kg to była waga z piątku rano) więc niech będzie, że te 0,5 kg zrzuciłem w piątek  a przez weekend nic.

Ale nawet wtedy czy to nie piękne ?

Cały czas właśnie to chcę Wam powiedzieć. Nie trzeba się głodzić, katować na siłowni, jeść jakiś świństw typu produkty odtłuszczone czy light, łykać suplementów diety. 

A co trzeba ?

Przemyślcie to. Jakby ktoś nie doszedł do sensownych wniosków następnym razem postaram się wyłożyć kawę na ławę.

Zakupy na targowisku

Do rozliczenia weekendu zostało podsumowanie sobotniej wizyty na targu.

Poszło całkiem nieźle. 

Po pierwsze wytłumaczyłem sobie, że wszystkiego przecież nie wykupią i pojechałem później (po śniadaniu). Pozwoliło mi to nabrać pewnego dystansu do smakołyków.

 Co prawda nie zrobiłem listy zakupów ale miałem ją intensywnie opracowaną w głowie. W efekcie kupiłem prawie to, po co pojechałem: ser biały, mleko, pomidory, jajka, 3 jabłka, orzechy i śliwki – to ostatnie w dużo mniejszych ilościach niż ostatnio.

Jedyny ponadprogramowy zakup to 1 makrela wędzona i skrzynka winogron. Pewnie powinienem kupić 1 kg winogron a nie jak kretyn 4 kg. Cóż – babcia chciała się ich pozbyć i zrobiła „promocję” 2 zł/kg.  Tak wiem – olać promocje … jak widać wcale nie jest łatwo 😉 Zwłaszcza jeśli dotyczą czegoś dobrego, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. No i szkoda trochę babci jak tak stała z winogronami …

Wracając zatrzymałem się żeby zjeść normalny posiłek. Zanim zdążę się nawpychać czegoś po drodze.

Wynik ? Pół na pół – nie poszło źle ale muszę pamiętać, że mam z tym problem i się pilnować w weekendy. Sobotni „obiad” jest tego wyraźnym dowodem.

Uzależnienie od jedzenia tak naprawdę w niczym nie różni się od alkoholizmu czy nałogowego palenia. Trzeba się pilnować i tyle.

Podobnie jak przy alkoholu możesz być uzależniony od jedzenia, nie zdając sobie z tego do końca sprawy. 

5 odpowiedzi do “Veni, vidi i do tego chyba vici :)”

  1. To podchwytliwe pytanie 🙂 Przez te 6 miesięcy, w trakcie których zrzuciłem 60 kg, nie robiłem tego – nie piłem kawy z mlekiem pomiędzy posiłkami. Teraz owszem – potrafię wypić kawę z mlekiem zarówno rano przed śniadaniem (chociaż nie zawsze) jak i w trakcie dnia. Jednak na pewno nie zaczynałbym od tego. W pewnym sensie jest to dodatkowy posiłek – wszystko zależy od tego jak Twój organizm na niego reaguje (jak szybko po wypiciu takiej kawy opada Ci poziom cukru/insuliny). Jeżeli masz dobrze „wyregulowany” organizm to bez przesady, niesłodzona kawa z mlekiem nie będzie stanowiła żadnego problemu. Na pewno nikt od niej nie utyje. U ludzi ze znaczną nadwagą może jednak bardzo utrudnić zrzucanie wagi i ustabilizowanie skoków cukru/insuliny – jak każda przekąska. P.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *